Pierwsze trzy miesiące -po raz pierwszy, po raz drugi i po raz trzeci

Pierwsze trzy miesiące życia dziecka nazywane są potocznie czwartym trymestrem ciąży. Pewnie dlatego, że dziecko dalej zachowuje się jakby było w brzuszku u mamy. Jednak teraz już je widzimy, możemy dotknąć bezpośrednio, a nie przez warstwę naszej skóry, a czasami jeszcze pokaźnej warstwy tkanki tłuszczowej.

Pierwsze trzy miesiące po raz pierwszy

Kiedy urodził się mój pierwszy syn – pełniłam rolę żywego inkubatora. Nie potrafił w brzuchu odpowiednio długo usiedzieć, więc siedział na brzuchu. Siedział – ha! leżał. Przez całe trzy miesiące siedziałam na fotelu, a on na mnie. Dziękuję mojej położnej, że wykazała się rozsądkiem i na moje pytania jak wyjść bez niego do toalety tłumaczyła mi, że on jest wcześniakiem i to jeszcze dla niego za wcześnie aby się ode mnie odłączyć.

Tak więc do toalety chodziłam z dzieckiem na rękach. Listonoszowi otwierałam drzwi z dzieckiem na rękach i nie rzadko piersią w buzi. Do kuchni chodziłam z dzieckiem na rękach – dobra nie chodziłam a próbowałam chodzić. Mam małą kuchnię. Dostać się do niej w ciąży to jakaś masakra, przecisnąć się do lodówki z dzieckiem na ręku też średnio wykonalne. Na spacer wyjść nie mogłam bo ma za małą wagę i lekarz zabronił. Na spacer wyjść nie mogłam bo jak osiągnął satysfakcjonującą wagę to wróciła zima. Na spacer wyjść nie mogłam, bo jak już zima sobie poszła to nie byłam w stanie sama wózka znieść ze schodów, a mąż po pracy był na to zbyt zmęczony.

Tak więc moje życie polegało na siedzeniu na fotelu i patrzeniu w to bezbronne stworzonko. Czasami próbowałam jakąś książkę czytać. Czasami płaciłam kupę kasy za masakrycznie drogi internet w telefonie. Niestety nie posiadałam ani telewizora, ani internetu stacjonarnego, o wifi nie wspominając.

Jednym słowem nuda na całego.

Pierwsze trzy miesiące po raz drugi

Połowa jesieni. W każdej chwili może przyjść wiosna. Nie dam się uziemić w domu. Poza tym jakoś trzeba starszego do przedszkola zaprowadzać rano. Jakoś trzeba starszego odbierać z przedszkola. Jakoś trzeba wyjść na spacer z psem.

Wszystkie te potrzeby i jeszcze kilka innych sprawiły, że w zasadzie już dzień po powrocie do domu wychodziliśmy na spacery. Żeby przyzwyczaić dziecko. Żeby nagłe przyjście zimy nie było szokiem. Byłam już wtedy wprawioną chustomamą. Po zaprowadzeniu starszaka do przedszkola spokojnie szłam na powolny obchód miasta i zakupy. Dokładnie przemyślane bo pieniędzy nie było za wiele. Ale miałam tyle czasu, a na spacer trzeba było wyjść, że w sumie to sama przyjemność.

Popołudnia spędzałam na placu zabaw. Zima okazała się raczej łagodna. Starszak mógł się wybiegać. Jednak kiedy pierwszy raz mi uciekł w stronę ulicy schodami w dół gdzie podjazd miał inną szerokość niż kółka mojego wózka nastąpił pewien przełom. Był to w sumie pierwszy i ostatni raz kiedy sama wyszłam z maluszkiem we wózku i biegającym starszakiem.

W magiczny sposób wszystko miałam tak dobrze zaplanowane, że miałam pełno czasu. I podczas takiego nadmiaru czasu poszłam kiedyś w pewnej sprawie do szpitala. A tam plakat o spotkaniu dla mam karmiących piersią. Uwielbiałam karmienie piersią. Chłonęłam wiedzę na ten temat jak gąbka. W końcu kilka lat później zostałam promotorem karmienia piersią. Żadnego numeru telefonu. Zastanawiałam się czy wpuszczą mnie z dzieckiem. Zaryzykowałam. Nie tylko nikt mnie nie wyprosił, ale zachowanie mojego dziecka w chuście zrobiło na wszystkich świetne wrażenie. Każde kolejne spotkanie było wyczekane. Poznałam wiele cudownych mam – ale to już w kolejnych miesiącach 😉

Pierwsze trzy miesiące po raz trzeci

No tutaj to się działo od samego początku. Tragiczna ciąża. Szybki poród. Czas w szpitalu spędzony na wpatrywanie się w tą małą-wielką istotkę. Powrót ze szpitala w chuście. Obserwowanie tego małego klona starszego brata. Tym bardziej podobna do niego była, że ubranka miała po nim. W magiczny sposób wszystko co wydałam po chłopakach, bo przecież dwójkę już miałam trafiło do mojej przyjaciółki, a po kilku latach wróciło z powrotem do mnie.

Utrzymać mnie w miejscu było ciężko. Latałam jak wiatr, to tu, to tam. w 5 dobie byłam załatwiać sprawy w pracy. Przy okazji zaliczyłam obiad w „chińskiej”. Dwa dni później chodziłam już po małych sklepikach. Po kolejnym tygodniu nawet markety nie zamykały przede mną drzwi.

Wielokrotnie próbowałam córce pokazać śnieg. No dobra nie tak wielokrotnie bo może ze dwa razy popruszył. A ona po zejściu z trzeciego pietra w chuście już spała. W zasadzie byłyśmy nierozdzielne. Nosiłam, tuliłam, pokazywałam świat. Szkoła, przedszkole – wszędzie doszłyśmy.

Różowa bluzeczka, niebieskie skarpetki? A co tam. Ważne, że ubrana.Ważne, że blisko. Ważne, że zdrowa.

Ha, nie do końca idealnie zdrowa.

Na palcach jednej ręki mogę policzyć dni bez kataru, a właściwie sapki jak to nazwała pani doktor. Noce kiedy leżała na moim brzuchu, a ja półspałam, na półleżąco.

W każdym razie pewnego razu przywlókł się kaszel. Straszny kaszel. Od razu skierowanie do szpitala. Wtedy to nie było śmieszne, teraz owszem jest. Pakowałam torbę do szpitala, dla małej i dla mnie. Musiałam się dobrze spakować, bo mąż był uziemiony w domu ze starszym gruźlikiem, który przywlókł to z przedszkola. Z maleńką w chuście i tymi wielkimi torbami, bo przecież nie wiadomo nawet ile czasu tam spędzę. Dzwoniłam do mamy, czy jakaś pomoc z jej strony jest możliwa. Niestety i u niej choroba, ledwo była w stanie mówić. Czekałam sobie na autobus.

Na izbie przyjęć na lekarza czekałam tak długo, że myślałam,że mnie coś trafi. A może po prostu czas mi się wlókł. Miałam za sobą fascynującą podróż.

Lekarz sprawił, że wszystko mi się wywróciło.

-Paniiii ona jest jeszcze za mało chora, żeby ją na oddział przyjąć. Mogę ją przyjąć tylko na obserwację bo w takim stanie to jeszcze za wcześniej na leki. A jeszcze bonusa jakiegoś złapie i co wtedy. Szkoda dziecka.

I tak czekała mnie fascynująca podróż do domu.

I tak trzy razy minęły mi te czwarte trymestry.

Każdy inny, każdy czegoś uczący. Każdy niezapomniany.

Po pierwsze byłam inkubatorem.

Po drugie trafiłam na spotkania prowadzone przez niesamowitą kobietę

Po trzecie okazało się, że moje dzieci mogą chorować 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *