Pani nie powinna tutaj rodzić

Tak jak obiecałam dzisiaj opublikuję moją opowieść porodową.

W ciągu kilku dni moje wyobrażenie na temat ciąży legło w gruzach. Wszyscy w około mówili że ciąża to nie choroba. Do lekarza chodziłam prywatnie. Nawet nie pomyślałam o tym żeby iść na chorobowe. No fakt, trochę kręciło mi się w głowie, spać mogłabym 24/7. W pracy cały czas ze sobą walczyłam. Do dnia kiedy zaczęły mnie łapać skurcze nóg. Stwierdziłam że moje bezpieczeństwo jest ważniejsze. Podczas takiego skurczu maszyna mogła zacząć szyć kiedy rękoma manipulowałam przy igle. Było to trzy może cztery dni po wizycie u gina. Poszłam do lekarza rodzinnego gdzie w zasadzie na słowo lekarka mi uwierzyła że jestem w ciąży i wystawiła zwolnienie ciążowe, liczyłam na zwykłe.

Czas mijał, dużo spacerowałam, chodziłam n kolejne badania jak to w ciąży. W między czasie zaliczyłam pobyt w szpitalu z powodu kolki nerkowej. Później obciążenie glukozą i niespodzianka ma pani cukrzycę. Kłucie palca cztery razy dziennie i dieta, bezcukrowa. Jestem czekoladoholiczką. Ale dla dziecka zrobię wszystko.

W międzyczasie kolejny pobyt w szpitalu z powodu kolki nerkowej. I moje bezradne tłumaczenie lekarzowi że nie powinien mnie wypisywać, niestety nie potrafiłam podać innego powodu jak kobieca intuicja. Odesłał mnie do domu. Następnego dnia wróciłam. Rodzić. W 32tc. Jedyne co pamiętam to to jak jakiś facet wiózł mnie na wózku na porodówkę a ja go prosiłam żeby powiedział że nie urodzę. Biedak musiał całą drogę tego słuchać, a przecież nie mógł mi niczego obiecać, próbował pocieszyć, ale to trochę mało było. Po badaniu wylądowałam na kroplówce, skurcze ustały ekspresowo. W międzyczasie usłyszałam kłótnię o podany mi lek bo on tylko na wyjątkowe sytuacje jest i kontra że to jest wyjątkowa sytuacja!

Tak minęło kilka dni, powrót do domu, zakaz wstawania z łóżka i leki co 3 godziny. I ten koszmar kiedy w końcu udało się zasnąć to budzik dzwonił bo pora na kolejną dawkę. I nudy ogromne. Brak tv w domu i internetu. I tak sobie leżałam i gapiłam się w sufit. Zaczęłam robić szalik na drutach. W pozycji półleżącej, ale za długo nie dawałam rady bo to niewygodne 😉

Przedświąteczna wizyta u lekarza. Lekarz z Poznania.

-Przez święta gabinet będzie zamknięty. Proszę co dwa dni iść do szpitala na Ktg. Dalej brać leki. Po sylwestrze pani przyjdzie, odstawimy leki i ustalimy przyjęcie do szpitala i sobie pani spokojnie urodzi.

Jakby wszystko dało się przewidzieć.

Nastał 28 grudnia. Nerki dokuczały jak zwykle. Totalne zmęczenie (chyba tym wiecznym leżeniem). Jak mąż wrócił z pracy miał mnie zabrać na KTG. Zmęczenie było silniejsze, głód czekolady powodował coraz większą depresję. Olałam sprawę, powiedziałam że muszę się wyspać. Przy okazji wpadł kuzyn na kawę. Ale nie pomyślałam żeby go wykorzystać.

Kiedy wyszedł przyszła mi do głowy myśl że może jednak pojedziemy na to KTG. W końcu godzina 19 to najodpowiedniejsza pora na takie wycieczki. Mąż poszedł odśnieżać auto. A śniegu było sporo. Ja poszłam ogolić nogi, bo wiecie na KTG w środku zimy ogolone nogi to podstawa 😀 Minęło pół godzinki mąż nadal walczył ze śniegiem. Postanowiłam skorzystać z toalety. I niespodzianka – pierwszy skurcz. Po 5 minutach drugi. Dzwonię do męża i słyszę jego telefon w szafie. Zanim się zjawił minęło kolejne 30 minut. Przygotowałam torbę, ubrałam się. Wyzywał mnie że nie mam czapki ani szala. Ale jakoś tak mi się spieszyło że nie czułam potrzeby posiadania ich.

Na pogotowiu oczywiście wypełnianie całej masy papierów, nie szkodzi że byłam tu trzy tygodnie temu i tak musieli mnie zapytać czy byłam u kosmetyczki czy fryzjera, bo przecież miałam leżeć i się nie ruszać 😉

Na porodówce przywitał mnie młody i bardzo niezadowolony lekarz. Poinformował mnie że: – Pani nie powinna tutaj rodzić. Bo poród wcześniaczy, ciąża cukrzycowa i jeszcze te nerki. Tu potrzebny jest szpital III referencyjności. Niestety było na to za późno. 9 cm rozwarcia. -To pani wina że przyjechała pani tak późno i nie możemy podać znieczulenia. Spojrzałam tylko i poinformowałam że nie miałam zamiaru ze znieczulenia korzystać. Męża nie wpuszczono. Jechał na KTG więc kasy na opłacenie towarzystwa przy porodzie nie miał. Czekał aż jego tata dojdzie z kasą taksówką. To nie był argument żeby go wpuścić, za to świetny temat do żartów. Ciekawe czy zdąży 😀 Byłam sama wśród obcych ludzi. Właściwie to bałam się ich a w połączeniu z moją depresją skutkowało to totalnym brakiem współpracy.

Na sam koniec wpuścili w końcu męża. Ja zaliczyłam ucieczkę przed nacięciem. Nienawidzę ingerencji w mój organizm. Już przyzwyczaiłam się do comiesięcznego pobierania krwi i wenflonu w szpitalu. Ale to było dla mnie za dużo. Dzisiaj szczerze współczuję całemu personelowi że musieli mnie znosić. Bo krzyk to ja mam donośny. Teściu ponoć był poważnie przerażony jak mnie słyszał a przecież na oddział porodowy nikt go nie wpuścił 😉 Po dłuższych negocjacjach udało się mnie naciąć. Ba, nawet urodziłam dziecko. Tylko że potem trzeba było mnie pozszywać 😀 Czy ja już wspomniałam że nie toleruję ingerencji w mój organizm? Ponoć podali mi coś znieczulającego do szycia. Nie wierzę. To było gorsze od rodzenia. Dziękuję bardzo za cierpliwość i poprawianie szewków jak się wyrywałam. I oświadczam że dałam z siebie wtedy wszystko żeby tylko nie kopnąć pana doktora (udało się jakby co, więc pewnie do dzisiaj nie zdaje sobie sprawy z niebezpieczeństwa jakie na niego czyhało 😀 A nogi to ja mam silne ;))

Jeszcze przed szyciem dostałam na moment maleństwo na brzuch. Był całkiem siny, wyglądał strasznie na moim trupiobladym brzuchu. Szybko jednak zabrali mi go na obserwację. Mąż też szybko poszedł. Samochód zostawił bo przywożąc mnie wjechał w zaspę a godzina odśnieżania nie uśmiechała mu się, przyszedł po auto rano.

Jednak dla mnie to jeszcze nie był koniec. narodziło się dziecko, jednak nadal nie narodziła się matka. Leżałam i patrzyłam w sufit. Reagowałam na każdy krok. Panie doktorze co z dzieckiem?-nie wiadomo, na razie obserwujemy. Nawet nie wiem ile razy go o to pytałam, zawsze odpowiadał tak samo.

W końcu trafiłam na salę poporodową. Jakimś szczęśliwym trafem sama. Znaczy się na sali nikogo nie było poza mną. Nadal gapiłam się w sufit. Mój organizm przeżywał już żałobę. Cały czas patrzyłam w sufit, i każdego kto wchodził pytałam co z małym. Ciągle jedna odpowiedź że jest pod obserwacją i na razie nic się nie dzieje niepokojącego.

Rano śniadania nie zjadłam, wiecie depresja i szpitalne jedzenie nie mogło przynieść innego efektu. Po obchodzie położna zaproponowała mi że mnie zaprowadzi do inkubatora. Niestety byłam tak naćpana lekami i osłabiona że doprowadziła mnie tylko do drzwi mojej sali i wspólnie zdecydowałyśmy że spróbujemy później. Mąż przyszedł po samochód i oczywiście „nas” odwiedził. Zaprowadzili go do naszego syna. Zrobił kilka zdjęć żeby mi pokazać. Zupełnie inne dziecko niż to które widziałam dzień wcześniej. Normalny kolor skóry a na zdjęciu to nawet duży się wydawał.

Pora obiadowa. Ja nadal nie jestem w stanie nic jeść. Zbierają talerze. Nie odbierają mojego, wezmą go wieczorem bo nie ruszyłam jeszcze jedzenia.

Przychodzi inna położna. Obiecuje że jak wezmę prysznic to choćby na rękach a zaniesie mnie do dziecka. Doprowadziła mnie do łazienki, wzięłam prysznic i razem poszłyśmy do maleństwa. Tylko że takie stanie przy inkubatorze kiedy kręci mi się w głowie było dla mnie bezsensowne, wróciłam do pokoju.

Przyszła moja mama, poszłyśmy razem zobaczyć jej wnuka. Ale ile można stać. Ile może trwać wizyta. W końcu znowu zostaję sama. Dalej gapię się w sufit. Kolacja też na mnie nie działa. Obiad nadal leży na stoliku.

Jest dosyć późna pora. Niespodziewanie drzwi się otwierają. Wjeżdża mydelniczka. Dostaję maleństwo do piersi. Takie zupełne maleństwo, nie bardzo wiem jak go w ogóle trzymać. On nawet nie za bardzo zainteresowany piersią. Ale jest przy mnie, jest w moich ramionach. Taki delikatny. Mamy całe pół godziny dla siebie. Niestety po tym czasie zbierają go z powrotem do inkubatora. Ale to nieważne. Ta chwila mi wystarczyła. To właśnie w tym momencie narodziłam się jako matka. Naładowałam się. Wróciła mi chęć do życia. Już nie patrzyłam w sufit. Wiedziałam że tam kilka pokoi dalej jest maleństwo które bardzo mnie potrzebuje.

Zjadłam ten obiad. Taki zimny, zeschnięty.  Ten pulpet który mi stawał w gardle. Te buraki, ja nie jadam buraków, nigdy ich nie lubiłam, no nie na widzę dziadostwa. I te ziemniaki z tym zimnym sosem. Nie znoszę ziemniaków. No może czasami świeżo ugotowane zjem, ale takie kilkugodzinne zleżałe, zeschnięte – zjadłam. Prawie bym wylizała ten talerz. To chyba jedyny raz w moim życiu kiedy zjadłam coś co mi nie smakowało. Zazwyczaj wolałam być głodna i poczekać do kolejnego posiłku niż jeść coś czego nie lubię 😉

Przez kolejne dwa dni żyłam od karmienia do karmienia. Przyplątała się do nas żółtaczka, ale następne dwa dni mydelniczka stała w mojej sali. Mogłam cieszyć się maleństwem ile tylko chciałam, mogłam patrzeć na niego godzinami. Miałam najlepszy widok w sylwestra. Nigdzie nie ma tak genialnego widoku na fajerwerki jak z tamtej sali szpitalnej. Niestety cycoholik o ile zwykle gardził piersią o tyle chyba hałas go wystraszył i nie mogłam wyciągnąć piersi z jego ust ponieważ powodowało to dalszy płacz. Ale nie szkodzi. Fajerwerki są co roku, a on nigdy więcej nie będzie już taki malutki.

 

Dziękuję jeśli dobrnęliście do końca. Pisząc to miałam łzy w oczach. Teraz to maleństwo ma ponad 5 lat, za kilka miesięcy idzie do szkoły. Drogie mamy, jeśli jeszcze czekacie na poród to chciałabym wam powiedzieć – cieszcie się z każdej chwili w waszym skarbem. Bo ono będzie tylko coraz starsze. Kiedy będzie malutki będziecie czekać aż usiądzie, wstanie, zacznie chodzić. Ale korzystajcie z tych chwil przed tymi ważnymi osiągnięciami, one już nie wrócą. Nawet kiedy urodzicie kolejne dziecko to to już nie będzie to samo dziecko tylko inne, a macierzyństwo z drugim dzieckiem wygląda zupełnie inaczej 🙂 Żyjcie chwilą i nie spieszcie się 🙂

 

 

Jeśli któraś mama chce podzielić się swoją historią porodową zapraszam do napisania pod adres: rea-doula@naszsrem.pl  i dopisanie że wyrażacie zgodę na opublikowanie swojej historii

2 Replies to “Pani nie powinna tutaj rodzić”

  1. Ja ciążę też przechodziłam powiedzmy średnio dobrze i jak czytam gdzieś, że ciąża to taki blogi stan, to myślę sobie, że autorem musi być mezczyzna 😉 Cudownie jest później, co nie znaczy, że łatwo 🙂

  2. Każde dziecko jest inne, każdy poród jest inny, ale jak napisałaś należy doceniać każdą chwilę, bo ona już nigdy nie wróci. Macierzyństwo ma swoje blaski i cienie, ale i tak jest to najpiękniejszy okres każdej matki, bo niewiadomo czemu tak już mamy, że jako matka jesteśmy wstanie zapomnieć to co złe i krzywdzące, a na długo zachować w pamięci piękne chwile z naszym dzieckiem, nawet jeśli było nam ciężko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.