W Kórniku czy w malinach.

Jestem kilka dni po lekturze niesamowitej książki: „W Kórniku czy w malinach – Narodziny na przełomie wieków” autorstwa Iwony Marczak.

Przeczytałam ją w dwa popołudnia, więc zaznaczam że bardzo wciąga. Moje dziecko nauczane domowo musiało dwa dni bawić się bo o nauce nie było mowy. Mąż zajął się obiadem i zmywaniem, ogólnie trochę wszystko zaniedbałam. Jest to trzecia książka w trakcie trwania mojego macierzyństwa która spowodowała aż takie zaniedbania w domu. I tym samym jest to druga książka którą polecam mamom jako lekturę obowiązkową przed porodem 🙂

Co mnie wciągnęło? Historia. Wiecie że w podstawówce miałam problem historię zaliczyć 😉 A tutaj czytałam i czytałam i nie mogłam przestać. Pewnie nie zapamiętałam wszystkiego co chciałabym zapamiętać, ale może kiedyś gdy dzieci podrosną i będą mniej mnie potrzebowały to wrócę do tej książki 🙂 A co zapamiętałam? Najbardziej w pamięci utkwiła mi torba którą położna zabierała do porodu, która wedle poczty pantoflowej dziecięcej zawierała dziecko 😉

Historia dotyczy działania izby porodowej w Kórniku. Zamkniętej 40 lat temu. I nie rozumiem czemu właściwie zamknięto coś tak niesamowitego. Czytając opisy porodów w izbie mam wrażenie że były bardzo zbliżone do dzisiejszych porodów domowych. Panowała tam domowa atmosfera. Był to w sumie trochę odpoczynek od domowych obowiązków. Kobiety przebywały tam 10 dni. Dzisiaj po porodzie leżymy w szpitalu 2-3 dni. Ja leżałam 5 i błagałam lekarza o wypis. Przecież leżałam sobie sama w pokoju. Dziecko początkowo dostawałam tylko na karmienie. W zasadzie mogłam sobie leżeć i nic nie robić. W sumie żyć nie umierać. A jednak nastawienie personelu sprawiało że chciałam stamtąd jak najszybciej wyjść. Czytając historie z izby porodowej miało się wrażenie że kobietom w zasadzie to nawet nie spieszy się do domu. Karmienie piersią cudzego dziecka nie było problemem. Dzisiaj wzbudza obrzydzenie. Jakiś czas temu napisałam tekst o karmieniu nieswojego dziecka. Kobiety były zazwyczaj na nie. „Przecież można podać mieszankę, po co obca baba ma karmić moje dziecko”. Po kilku miesiącach dowiedziałam się jakie oburzenie ten tekst wywołał 🙂

W dalszej części książki są opisy szczęśliwych porodów szpitalnych. Tak. Można mieć dobry poród w szpitalu. Myślę że czytanie tych pozytywnych opisów może dodać odwagi mamom do naturalnego rodzenia. Niby w szpitalu a jakie te opisy inne od tych które znamy z życia codziennego, od naszych mam, cioć, czy koleżanek. Te opowieści pewnie mocno pokolorowane żeby pokazać jak to się nacierpiało żeby wydać potomstwo na świat wcale nie pomagają młodym mamom. Wzbudzają w nich strach. Do dziś pamiętam opowiadanie mojej koleżanki bezdzietnej której znajoma znajomej rodziła naturalnie, bardzo długo, aż w końcu nie miała już siły i straciła przytomność ze zmęczenia. Na cesarkę za późno bo główkę już widać ale nieprzytomna urodzić nie mogła. Wyobraźcie sobie że koleżanka opowiadała mi że to dziecko na pół przecięli żeby je wydobyć bo zaklinowane było i ani wte ani w tamte ani rusz. Uwaga dla przyszłych mam – nie słuchajcie takich bzdur są inne sposoby na wydobycie dziecka w takiej sytuacji 🙂

Nawet nie wiem kiedy opowieści przeszły na porody domowe. Jedyne co mnie zasmuciło to to że niestety czasami powodem do rodzenia w domu był straszny poród szpitalny. Problem z nawiązaniem współpracy na linii rodząca-personel. Jednak opisy tych porodów były niesamowite. Gdyby nie moja wewnętrzna odpowiedzialność to kolejne dziecko urodziłabym w domu sama 🙂 Prywatna położna niestety nie jest w zakresie moich możliwości finansowych, poza tym porody są u mnie ekspresowe i nawet jakbym zdobyła fundusze to położna mogłaby nie zdążyć dojechać 😉 Poza tym stan mojego zdrowia raczej mnie dyskwalifikuje. Niemniej mam już w głowie mój wymarzony poród w szpitalu, pytanie tylko czy uda mi się trafić na tolerancyjny personel 🙂 Cały czas wierzę że w szpitalu można dobrze urodzić. Zrobię wszystko co jestem w stanie zrobić jako doula żeby kobiety wspominały dobrze ten dzień. Żeby to nie było wydobycie płodu tylko niesamowite narodziny dwóch wspaniałych osób – dziecka i kobiety w nowej roli-matki.

Bardzo podobała mi się forma książki. Jest to zbiór opowieści rodzących. Można było wyobrazić sobie że te kobiety stoją obok i opowiadają. Tatusiowie też podzielili się swoimi odczuciami. Chyba do każdej opowieści dodane zostały zdjęcia. Czasami z porodu a czasami obecne. Każde miało coś w sobie.

Niesamowite jest też to że poznałam autorkę osobiście. Prowadzi zajęcia z holistycznej opieki okołoporodowej w Poznańskim Studium dla Doul.

Chyba stworzę kanon lektur okołoporodowych 😉 To jest pozycja nr.1 🙂

1 thought on “W Kórniku czy w malinach.

  1. Pingback: Duchowe Położnictwo - Ina May Gaskin - REA - Doula

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.